[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Wszystko, na co mogę liczyć, to ostatnie cztery krople.Przez ten teksański skwar opróżniłam już całą butelkę.Jestem wściekła na siebie, że nie pobiegłam rano.Zaraz się tu rozpuszczę.Bojąc się odwodnienia, postanawiam, że drogę powrotną pokonam spokojnym krokiem.Coś nie wydaje mi się, żeby moja śmierć ze zmęczenia za bardzo uszczęśliwiła Karen.I tak już się denerwuje, że biegam sama.Zaczynam iść, kiedy nagle słyszę za sobą znajomy głos.– Hej.Jakby moje serce nie biło już szybko i bez tego! Wolno odwracam się i widzę Holdera.Patrzy na mnie z uśmiechem, a przy kącikach ust znów tworzą mu się dołeczki.Włosy ma mokre od potu – najwyraźniej również biegał.Mrugam powiekami, myśląc przez chwilę, że to przywidzenie wywołane wyczerpaniem.Instynkt każe mi uciekać z krzykiem, ale ciało pragnie wtulić się w jego lśniące od potu ramiona.Moje ciało to pieprzony zdrajca.Na szczęście urywany oddech mogę zwalić na karb forsownego biegu, a nie tego, że znów go zobaczyłam.I to tylko w szortach i adidasach.– Cześć – odpowiadam, ciężko dysząc.Ze wszystkich sił staram się patrzeć mu w oczy, ale nie mogę nic poradzić na to, że wzrok ześlizguje mi się niżej.W końcu wbijam oczy w ziemię.Szorty tak seksownie opinają mu biodra, że zapominam natychmiast o wszystkim, czego się o nim dzisiaj dowiedziałam.Nigdy nie byłam dziewczyną, dla której wygląd faceta miałby kluczowe znaczenie.Czuję się taka płytka.To żałosne.Wręcz idiotyczne.Jestem trochę zła na siebie, że dałam się tak podejść.– Biegasz? – pyta tymczasem on, opierając się łokciem o skrzynkę pocztową.Kiwam głową.– Zwykle rano.Zapomniałam, jak gorąco bywa popołudniami.Usiłuję na niego spojrzeć, osłaniając dłonią oczy przed słońcem, którego promienie tworzą nad jego głową aureolę.Cóż za ironia losu.Wyciąga rękę, a ja wzdrygam się, po czym zdaję sobie sprawę z tego, że podaje mi butelkę wody.To, że zaciska wargi, by powstrzymać uśmiech, dowodzi, że widzi, jak się denerwuję w jego obecności.– Napij się.– Podaje mi do połowy pustą butelkę.– Wyglądasz na wyczerpaną.W normalnych okolicznościach nie przyjmuję wody od obcych.Zwłaszcza od obcych, na których temat nie usłyszałam nic dobrego.Jestem jednak strasznie spragniona.Spragniona jak cholera.Biorę od niego butelkę, odchylam do tyłu głowę i piję trzy duże łyki.Z chęcią opróżniłabym ją do reszty, ale nie chcę go pozbawiać zapasów.– Dzięki – mówię, oddając mu butelkę.Wycieram dłonią usta i oglądam się za siebie.– Mam przed sobą dwa i pół kilometra, więc lepiej już pójdę.– Raczej cztery – prostuje, wędrując wzrokiem do mojego brzucha.Nie zawracając sobie głowy wytarciem butelki, przycis­ka ją do ust, po czym, nie spuszczając ze mnie wzroku, odchyla głowę do tyłu i wypija do dna.Nie mogę się powstrzymać od patrzenia na jego usta dotykające butelki, której przed chwilą dotykały moje usta.To tak, jakbyśmy się pocałowali.Potrząsam głową.– Co?Nie jestem pewna, czy coś powiedział, czy mi się tylko wydawało.Jestem zbyt pochłonięta patrzeniem na kropelki potu spływające po jego piersi.– Powiedziałem, że raczej cztery kilometry.Mieszkasz przy Conroe, a to jakieś cztery kilometry stąd.W sumie daje to około ośmiu kilometrów w obie strony.– Wypowiada te słowa z wyraźnym podziwem.Przyglądam mu się z zaciekawieniem.– Wiesz, gdzie mieszkam?– Tak.Nie rozwija tematu.Nie odrywam od niego wzroku i milczę, czekając na wyjaśnienia.Widząc, że nie jestem usatysfakcjonowana tym jego „tak”, wzdycha i mówi:– Linden Sky Davis, urodzona 29 września, zamieszkała przy Conroe Street 1455.Metr sześćdziesiąt wzrostu.Zgoda na pobranie organów.Odsuwam się od niego o krok, w mojej głowie pojawia się bowiem straszliwe podejrzenie, że w najbliższej przyszłości czeka mnie śmierć z rąk przystojnego prześladowcy.Zastanawiam się, czy nie przestać osłaniać oczu rękę, żeby lepiej mu się przyjrzeć przed ucieczką.Ułatwi to policji sporządzenie portretu pamięciowego.– To wszystko masz w prawie jazdy – wyjaśnia, widząc na mojej twarzy mieszankę strachu i konsternacji.– Pamiętasz? Pokazywałaś mi je przed sklepem.To wyjaśnienie jakoś mnie nie przekonuje.– Patrzyłeś na nie jakieś dwie sekundy.Wzrusza ramionami.– Mam dobrą pamięć.– Śledzisz mnie – mówię śmiertelnie poważnie.Wybucha śmiechem.– Ja ciebie śledzę? To ty stoisz przed moim domem.– Pokazuje ręką budynek za sobą.To jego dom? No bez jaj.Prostuje się i bębni palcami o litery na skrzynce pocztowej.Holderowie.Czuję, że się rumienię, ale to bez znaczenia.Po forsownym biegu w teksańskim popołudniowym skwarze na pewno całe moje ciało jest czerwone.Próbuję nie gapić się na ten dom, jednak ciekawość zwycięża.Jest skromny, na pewno niczym się nie wyróżnia.Pasuje do średniozamożnej dzielnicy, w której się znajdujemy.Podobnie jak samochód, który stoi na podjeździe.Zastanawiam się, czy to jego auto.Z rozmowy, którą prowadził w sklepie z Tą Jak Jej Tam, wynikało, że jest w moim wieku, więc na pewno mieszka z rodzicami [ Pobierz całość w formacie PDF ]