[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Nawet i na fałszywą wiosnę jeszcze za wcześnie, lecz zapowiedź już wisi w powietrzu.Nad głową rozciąga się kolor, z którego słynie to miasto – błękit paryski – wzbogacony o czerwienie i żółtości markiz nad kawiarniami, fakturę szarego kamienia i burą powierzchnię Sekwany.Mimo że Paul źle spał, przesiedziawszy większą część nocy w fotelu, orzeźwiło go nadzwyczaj balsamiczne powietrze.Jeanne postanowiła sobie, przed zapadnięciem w sen bez snów, że już nigdy się z nim nie spotka, lecz stanowczość jej decyzji osłabła w zderzeniu z nowym, świetlistym dniem i umarła, nim zdążyła dopić kawę poranną.Oboje zjawili się niemal równocześnie w mieszkaniu na Rue Jules Verne.Rozebrali się w małym pokoiku i padli na materac, spleceni w uścisku.Zapowiedzi z poprzedniego dnia spełniły się.Powściągliwość wzmogła ich podniecenie.Oplotła go rękoma i nogami, jakby szukając w nim ucieczki przed ich spotężniałą namiętnością.Później długo leżeli obok siebie, nie dotykając się, czekając, kiedy jakiś odgłos przeniknie złotą czerwień ścian pomalowanych przez poranne słońce.Na próżno.Byli schowani w tym apartamencie jak w łonie.Włosy Jeanne rozsypały się na gęstym płótnie materaca jak pożar słońca, dziko i obficie.Jej piersi, nawet w spoczynku, były jędrne, łączyły w sobie pełnię dojrzałej, zmysłowej kobiety z dziewczęcą prężnością.Sutki miała duże i ciemne.Skórę czystą i omalże nie świecącą.Biodra, wąskie jak u chłopca, podkreślały jej żeńską, zmysłową bujność.Ciało Paula w porównaniu z jej ciałem było po prostu wielkie i niezbyt określone.Leżał obok niej rozwalony jak folgujący sobie bóg.Jego ramiona i klatka piersiowa były jeszcze potężne, ale mięśnie już nie tak napięte; ciało jego nie całkiem pasowało do jego surowej twarzy o rzeźbie orlej i wciąż jeszcze wściekle żywotnej.Zdawał się jakby zatrzymany w gwałtownym przejściu od młodości do podeszłego wieku.Paul uświadamiał sobie ciało Jeanne tylko jak najbardziej powierzchownie, bo właściwie nie uważał jej prawie za nic więcej aniżeli to ciało, biorące w siebie jego przypadkową namiętność, służące zaspokojeniu jego próżności i seksualnej przenikliwości, chwilowo odgradzające go od jego rozpaczy.Zmysłowość jej zauważyłby dopiero, gdyby jej objawów zabrakło.Dla Jeanne również jego ciało było czymś oczywistym, ale całkiem inaczej.Kiedy jej dopadł po raz pierwszy, było to przejawem ogólnej i nieodpartej siły męskiej, i wciąż jeszcze odbierała go, widziała i czuła jako tę moc.Ciała jego właściwie nie dostrzegała, mimo jego tak imponującej namacalności.Miłość, jaką zaczynała do niego czuć, była następstwem tej siły, wzmożonym przez jego upieranie się przy skrytości: a więc tajemniczość.Jeanne podniosła się i uklękła, wciągnęła majtki.– Lubię seks – odezwała się – bo to zdrowe.Pozwala utrzymać się w formie i pobudza apetyt.Nie patrząc na niego wyszła z pokoju i skierowała się do łazienki.Zobaczyła w lustrze samą siebie: dziewczynę o rozburzonych włosach, wysokich, szerokich kościach policzkowych i wargach uniesionych z natury w dzióbek, z piersiami czasem aż zawadzającymi.W jej twarzy odbijało się niespójne pomieszanie banału i mądrości.Nagle przebiegł ją dreszcz.Chociaż łazienka skąpana była w słońcu przez szybę nad wanną, w turkusowych i białych kafelkach odzwierciedlał się tylko ziąb tej prawdziwej zimy.Dzień się ochłodził.Ciało jej poczuło się odsłonięte, bez odrobiny ciepła, i zatrzasnęła za sobą drzwi, jakby to ją mogło osłonić.Paul zgarnął swoje ubranie.Poszedł boso korytarzem W stronę łazienki.Zaintrygowała go myśl o tym, żeby się myć I ubierać jedno przy drugim, gdyż postanowił ignorować wszelkie konwenanse.Jednak zamknięte drzwi go powstrzymały.Zawahał się, czy po prostu nie wejść – Jeanne w tej chwili siedziała chwiejnie na podwójnej umywalce, podmywając się, udami ścisnąwszy zimny marmur, bo w łazience nie było bidetu – lecz pomyślał, że woli, aby go zaprosiła.Zaszczękał klamką.– Zostaw mnie samą – zawołała.– Chciałem popatrzeć.– To nic ciekawego.– To zależy.– Jej mieszczańskie opory go rozśmieszyły i zawołał: – Podmywasz się.Chcę to zobaczyć.– Nie! – oświadczyła stanowczo.Jakie to dziwne, że kochając się odrzucała wszelkie pozory skromności, aby do nich powrócić w światowych formach tego, co potem.Zsunęła się wdzięcznie z krawędzi umywalki i zakręciła wodę.– Skończyłam – powiedziała, jak gdyby sam nie słyszał.Teraz już możesz wejść [ Pobierz całość w formacie PDF ]