[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Przygryzł wargi.Nawet stąd mógł rozpoznać, że jest źle, że popełniono poważny błąd taktyczny.Jeżeli był to błąd taktyczny, zawinił tu Whyte.Przede wszystkim Whyte, a potem porucznik Tom Blane z drugiego plutonu.Whyte dotarł na wierzch trzeciej i ostatniej fałdy gruntu bez strat.Samo w sobie wydawało mu się to dziwne, jeżeli nie nadmiernie optymistyczne.Znał swoje rozkazy: miał odnaleźć i zlikwidować ukryte punkty oporu na obu trawiastych grzbietach.Najbliższy z nich, po prawej, zarysowywał się dość wyraźnie o jakieś osiemdziesiąt jardów od prawego skrzydła.Podczas gdy ludzie przywierali do ziemi i patrzyli na niego ze zlanymi potem twarzami, Whyte dźwignął się ostrożnie na łokcie, tak że wysunął tylko oczy, i przepatrzył teren, który opadał przed nim, kamienisty i porośnięty rzadką trawą, dochodząc do stóp małego wzniesienia, gdzie trawa od razu stawała się gęsta, brunatna, po pas wysoka.Whyte nie widział niczego, co mogłoby wyglądać na Japończyków czy ich stanowiska ogniowe.Bał się, ale pragnienie, żeby dzisiaj się wykazać, było silniejsze.W gruncie rzeczy nie wierzył, żeby miał polec na tej wojnie.Zerknął przelotnie przez ramię na grzbiet Wzgórza 209, gdzie stały grupki ludzi na wpół odsłoniętych, obserwujących.Jednym z nich był dowódca korpusu.Donośny huk i łoskot, wiszący bez widocznego źródła w powietrzu, zelżał nieco i podniósł się o kilka jardów wyżej, gdy przeniesiono ogień zaporowy z małych grzbietów na Głowę Słonia.Whyte znowu popatrzał na teren i dał znak swoim szperaczom, żeby ruszali naprzód.I tym razem obaj strzelcy spojrzeli na niego tak, jakby uważali, że postradał zmysły, tak, jakby chcieli z nim podyskutować, gdyby nie bali się stracić dobrej opinii.Whyte znowu dał im znak „naprzód”, podrywając przedramię w górę i w dół sygnałem pośpiechu.Szperacze popatrzyli po sobie, najpierw dźwignęli się na czworaki, po czym poderwali się, zbiegli dwadzieścia pięć jardów w zagłębienie i padli na ziemię.Po chwili, rozejrzawszy się i stwierdziwszy, że nadal są żywi, zebrali się znowu.Pierwszy, klęcząc i gotując się do powstania, nagle padł i zadrgał; drugi, nieco za nim, podniósł się trochę wyżej, tak że gdy upadł, zwalił się na ramię i przetoczył na plecy.I tak leżeli obaj, ofiary dobrze ulokowanych strzałów niewidocznych strzelców.Nie ruszyli się więcej.Obaj byli najwyraźniej martwi.Whyte popatrzał na nich ze zgrozą.Nie słyszał strzałów ani nie widział żadnego ruchu.I żadne kule nie wzbijały ziemi w przedzie.Znowu popatrzał na milczące, zamaskowane oblicze opustoszałego małego grzbietu.Co miał teraz zrobić? Potężny bezźródłowy huk w powietrzu stał się jakby trochę głośniejszy.Whyte, muskularny, masywny młody mężczyzna, był mistrzem w boksie i dżudo na uniwersytecie, gdzie przygotowywał się do pracy biologa morskiego, a także najlepszym pływakiem w uczelni.W każdym razie nie mogą łupnąć nas wszystkich – pomyślał lojalnie, ale mając głównie na uwadze samego siebie, i powziął decyzję.– Jazda, chłopcy! Na nich! – ryknął i zerwał się dając plutonowi znak „naprzód”.Postąpił dwa kroki mając tuż za sobą pluton z bagnetami nasadzonymi na broń od wczesnego rana, i padł martwy, przeszyty skośnie od ramienia po biodro kulami, z których jedna rozerwała mu serce.Zdążył tylko pomyśleć, że coś go strasznie zabolało, nawet nie o tym, że nie żyje, nim skonał.Być może krzyknął.Pięciu innych z jego plutonu padło prawie jednocześnie, rozmaicie rażonych, jedni zabici, inni tylko draśnięci.Jednakże impet, który zapoczątkował Whyte, trwał, i pluton nacierał na oślep.Potrzeba byłoby innego impulsu, by go zatrzymać czy zmienić jego kierunek.Jeszcze kilku ludzi upadło.Niewidoczne karabiny i cekaemy waliły,, rzekłbyś, z każdego zakątka kuli ziemskiej.Doszedłszy do dwóch martwych szperaczy znaleźli się w zasięgu dalszego, lewego grzbietu, który przyjął ich gęstym ogniem krzyżowym.Sierżant Duży Queen, awansowany zaledwie przed dwoma dniami, po odejściu Stacka, biegnąc wraz z resztą i wrzeszcząc coś bez związku, zobaczył, że sierżant – szef plutonu, nazwiskiem Grove, odrzuca precz karabin, tak jakby się go bał, i pada z krzykiem, chwytając się za pierś.Queen nawet się nad tym nie zastanowił.Obok niego starszy szeregowiec Doll też biegł mrugając szybko powiekami, tak jakby to mogło go ochronić.Jego umysł całkiem zastygł z przerażenia, więc nie myślał w ogóle.Poczucie osobistej nietykalności Dolla przechodziło ciężką próbę, ale jeszcze go nie zawiodło, tak jak Whyte’a.Minęli już martwych szperaczy.Po lewej zaczynało padać coraz więcej ludzi.A za nimi, na trzeciej fałdzie, nagle ukazał się drugi pluton biegnący całym pędem, wrzeszczący chrapliwie.To była akcja podporucznika Blane’a.Nie jakaś szczególnie skomplikowana.Nie miała nic wspólnego z zawiścią, zazdrością, paranoją czy podświadomym samozniszczeniem.Podobnie jak Whyte, znał swoje rozkazy, i obiecał Billowi Whyte’owi, że go wesprze i pomoże mu się wykaraskać.On także wiedział, że dowódca korpusu ich obserwuje, i też chciał dzisiaj dobrze się spisać.Nie taki wysportowany jak jego kolega, ale mający więcej wyobraźni i wrażliwości, poderwał się i dał swym ludziom znak „naprzód”, kiedy zobaczył, że pierwszy pluton rusza.W wyobraźni już widział zakończenie całej sprawy: siebie, Whyte’a i ich ludzi stojących w należytym triumfie na zbombardowanych bunkrach, pozycję zdobytą.I on też poległ na drugim stoku, lecz nie na grzbiecie jak Whyte.Wciąż ukrytym japońskim karabiniarzom potrzeba było paru sekund, by podnieść ogień, i 2 pluton zbiegł ledwie dziesięć jardów po małym, łagodnym stoku, kiedy go nim pokryli.Dziewięciu ludzi padło od razu.Dwaj zginęli i jednym z nich był Blane.Nie tknięty przez cekaem, został na nieszczęście obrany za cel przez trzech strzelców, z których żaden nie wiedział o pozostałych; nie wiedzieli, że jest oficerem, i każdy go trafił.Poskoczył jeszcze pięć kroków naprzód i mając klatkę piersiową przebitą trzema kulami, nie skonał natychmiast [ Pobierz całość w formacie PDF ]