[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.– Pomagałam ci w twojej pracy, jak mogłam – powiedziała.– Wiesz, że tak.Chodziłam na przyjęcia, których nie mogłam ścierpieć.To był mój udział w umowie, odgrywać kochającą żonę.Ale jednej rzeczy nie zrobię: nie prześpię się dla ciebie z pułkownikiem Delbertem.– Nikt tego od ciebie nie żąda.Proszę cię tylko, żebyś była dla niego uprzejma.– Nie można być uprzejmą dla lubieżnego starego satyra.Dostaję od tego mdłości.Nieświadomie wzięła szczotkę i zaczęła znowu w roztargnieniu czesać włosy.– Majorostwo jest warte mdłości – powiedział Holmes tonem prośby.– Ktoś, kto ma teraz majora, a ukończył West Point, będzie generałem, kiedy zakończy się ta wojna, która nadchodzi.Wystarczy, żebyś się do niego uśmiechała i słuchała, jak gada o swoim dziadku.– Dla niego uśmiech jest tylko zachętą do wkładania komuś rąk między nogi.Przecież ma żonę.Dlaczego się na niej nie wyładuje?– Właśnie – powiedział Holmes sztywno.– Dlaczego?Karen drgnęła pod tym zarzutem, chociaż wiedziała, że jest czysto teoretyczny.Na widok tego odgrywania roli melancholijnego, cierpiącego kochanka zatrzęsły się w niej wszystkie koniuszki nerwów.– To było przewidziane w naszej umowie – powiedział smutnie Holmes.– Dobrze – odparła.– Dobrze.Pójdę.A teraz, kiedy już to powiedzia­łam, pomówmy o czymś innym.– Co mamy na obiad? – zapytał Holmes.– Jestem głodny, głodny jak wszyscy diabli.Miałem dziś cholerny dzień, bo musiałem wysłuchiwać, co mówił Delbert.Może człowieka zagadać na śmierć.A poza tym musiałem przez pół rana użerać się z obsługą kuchni i z tym nowo przeniesionym, Prewittem.– Popatrzał na nią bacznie.– To mnie kompletnie wyczerpuje nerwowo.Zaczekała, aż skończył.– Przecież wiesz, że służąca ma dzisiaj wychodne.Holmes zmrużył boleśnie oczy.– Tak? Psiakrew! Co to jest dzisiaj? Czwartek? Myślałem, że środa.– Spojrzał z nadzieją na zegarek, po czym wzruszył ramionami.– Ano, już za późno iść do Klubu.A może spróbuję?Karen czując, że przypatruje się jej bacznie, popróbowała znów czesać sobie włosy, ażeby uciec od poczucia winy, że nie proponuje mu przygoto­wania obiadu.Nigdy nie jadał obiadu w domu i to nie należało do jej obowiązków przewidzianych w umowie, a jednak przez niego czuła się teraz jak zbrodniarka bez serca.– Chyba będę musiał wziąć sobie jakiś paskudny sandwicz z kantyny – powiedział Holmes z rezygnacją.Pokręcił się chwilę i usiadł na łóżku.– A ty co masz na obiad? – zapytał z miną człowieka, który wstydliwie próbuje się narzucić.– Zwykle robię sobie tylko zupę – odparła Karen oddychając głęboko.– Aha – rzekł.– Wiesz, że nie jadam zupy.– Przecież mnie pytałeś, nie? – odpowiedziała starając się nie podnosić głosu.– Robię sobie zupę.Dlaczego miałabym kłamać?Holmes wstał pośpiesznie.– Słuchaj, kochanie – rzekł.– Nie złość się.Wyskoczę do kantyny.Mnie to nie robi różnicy.Wiesz, jak ci szkodzi zdenerwowanie.Fatalnie to znosisz.Jeszcze się położysz do łóżka.– Nic mi nie jest – zaprotestowała.– Nie jestem obłożnie chora – dodała myśląc, że przecież on nie ma prawa używać do niej tego słowa, nazywać ją „kochanie”.Zawsze to robił w takich momentach i to słowo było jak kolec przyszpilający ją do deski między innymi motylami z jego kolekcji.W wyobraźni ujrzała siebie, jak wstaje, mówi mu, co o nim myśli, pakuje rzeczy i odchodzi, aby żyć własnym życiem i sama dawać sobie radę.Dostałaby gdzieś posadę i mieszkanie.„Jaką posadę? – zapytała siebie.– Co mogłabyś robić przy takim stanie zdrowia? Jakie masz kwalifikacje? Poza kwalifikacjami na żonę?”– Wiesz, że nie masz mocnych nerwów, kochanie – mówił Holmes.– Więc uspokój się i nie podniecaj.Musisz się odprężyć.Podszedł i położył kojąco dłonie na jej ramionach ściskając je czule i lekko i patrząc jej troskliwie w oczy w lustrze.Poczuła na sobie jego ręce przytrzymujące ją, pętające, tak jak spętane było jej życie, i doznała tego samego uczucia, które zapamiętała z dziecińst­wa, kiedy raz w lesie sukienka zaczepiła jej się o drut kolczasty, a ona szarpała się, miotała i ciągnęła, dopóki nie uwolniła się zostawiając połowę sukienki na płocie, chociaż matka nadbiegła, aby jej pomóc.– O, tak, odpręż się – rzekł Holmes z uśmiechem.– A potem przygotuj taki obiad, jaki byś zrobiła, gdyby mnie nie było, a ja zjem to, co będziesz miała dla siebie.No dobrze?– Mogę ci zrobić grzankę z serem – powiedziała niechętnie Karen.– Okej – uśmiechnął się.– Ser będzie świetny.Poszedł za nią do kuchni, a kiedy przygotowywała jedzenie, usiadł przy stole kuchennym wodząc za nią oczami.Gdy odmierzała kawę, jego oczy śledziły ją troskliwie.Kiedy smarowała tłuszczem patelnię i stawiała ją na gazie, jego oczy obserwowały ją opiekuńczo.Karen chlubiła się swoim gotowaniem, była to jej jedyna sztuka i nauczyła się robić to dobrze, kosztem minimum czasu i wysiłku.Jednakże teraz z jakiejś przyczyny zapomniała o kawie, która wykipiała.Gdy Karen chwyciła garnek, sparzyła się w rękę.Holmes zerwał się ze wspaniałą szybkością i złapał ścierkę, żeby wytrzeć piecyk.– Nic, nic – powiedział.– Nie przejmuj się.Zaraz to wytrę.Ty usiądź, jesteś wyczerpana.Karen przyłożyła dłonie do twarzy.– Nie, wcale nie – powiedziała.– Pozwól mi to zrobić.Przykro mi, że wykipiała.Mogę to zrobić doskonale.Proszę cię, pozwól.W tej chwili poczuła swąd.Poderwała grzankę z serem w samą porę, by nie dać jej się przypalić.Grzanka była czarna z jednej strony.– Nic nie szkodzi – uśmiechnął się dzielnie Holmes.– Nie myśl o tym, kochanie.Nie chcę, żebyś się denerwowała.Wszystko jest w zupełnym porządku.– Oskrobię ci ją – powiedziała Karen.– Nie, nie.Jest zupełnie dobra.Smaczna.Naprawdę.Gryzł grzankę, żeby pokazać, jaka jest pyszna.Jadł ją ze smakiem.Nie napił się kawy.– Wypiję sobie filiżankę w kantynie – uśmiechnął się.– I tak muszę pójść do Kompanii, żeby podpisać jakieś papiery.A ty się połóż i odpocznij trochę.Lunch był doskonały, naprawdę.Karen stała za drzwiami siatkowymi patrząc, jak odchodzi alejką.Kiedy zniknął, zawróciła do sypialni [ Pobierz całość w formacie PDF ]