[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Gdzież to ja byłem? Aha, w Rumunii.No więc zaledwie trzydzieści lat temu w miejscowości o nazwie Dumitresti miała miejsce seria zabójstw ludzi przez wilka - prawdziwych morderstw, mój przyjacielu! - nocą, podczas pełni księżyca! Miejscowi wiedzieli, czyja to robota.Odczekali miesiąc, do następnej pełni, i wtedy wysłali w góry myśliwych ze strzelbami i srebrnymi kulami, żeby uśmiercić tę bestię.Wiedzieli, gdzie jej szukać: w pobliżu obozowiska Cyganów.Bo dostrzegli związek, rozumiesz? Gdzie by nie udali się ci Romowie, ten cholerny wilkołak zawsze był w pobliżu!Romowie, Cyganie, George.I to byli Cyganie Mirlu! Co? Nie zamierzasz spytać tej Bonnie Jean, skąd pochodzi? Albo jeśli nie ona sama, to jej przodkowie?Dziwna rzecz, ale Ianson zadał B.J.dokładnie to samo pytanie, chociaż w innym kontekście i z powodu jej akcentu, nie zaś jej nazwiska; ale kiedy otworzył usta i chciał uczynić jakąś raczej nieprzemyślaną uwagę, Angus nie dał mu dojść do słowa.- Och nie, nie gap się tak i nie wywijaj rękami! - McGowan wydawał się teraz rzeczywiście podekscytowany.- Nie opowiadaj mi o jakichś zbiegach okoliczności ani takich tam, tylko słuchaj dalej! Czy myślisz, że jestem głupi, George? Myślisz, że nie wiem, jak to wszystko brzmi? No więc doskonale wiem, ale pozwól mi skończyć, a potem sam zdecydujesz, co o tym myśleć.Bo ja nie jestem zbzikowany.Możesz być tego pewien!Tak, i jest jeszcze jedno dobre słowo na określenie tego samego: obłęd! Obłęd, którym jest dotknięta istota, która wyje do księżyca i toczy pianę z pyska, a jej ukąszenie jest zaraźliwe i niesie szaleństwo! Czy to niemożliwe? Tak myślisz? A wścieklizna przenoszona przez ukąszenie, która zmienia istotę ludzką w rozszalałego potwora? A czyż rak nie zmienia komórek ludzkiego ciała? A malaria, która powoduje, że skóra zmienia barwę? A akromegalia czyż nie zmienia kształtu samego ciała!? Więc czy wilkołactwo nie może mieć podobnych skutków?Teraz inspektor zaczął się poważnie niepokoić o McGowana.Pomimo „logiki" niektórych jego argumentów - jego przemowy? - wydawało się, że nie istnieje żaden związek z posiadaną przez Iansona oceną rzeczywistości.Faktycznie mały weterynarz wydawał się ogarnięty jakąś osobliwą obsesją, czymś, co dotychczas ukrywał, co dusił w sobie przez bardzo długi czas.Ale jak dotąd Ianson nie miał poczucia niebezpieczeństwa; w rzeczywistości zaczęła go ogarniać senność i apatia wywołana wypitą whisky.A stary Angus wykazywał oznaki coraz większego podniecenia.- Co do mitu dotyczącego srebrnych kul - ciągnął - czyż ołów nie jest także metaliczną trucizną? Albo rtęć? Czy pluton? Czy wiele innych? Różne substancje chemiczne wywierają różny wpływ na poszczególne gatunki, George.Więc o co mi właściwie chodzi? Teraz to chyba całkiem oczywiste, nawet dla takiego twardo stąpającego po ziemi człowieka, jak ty.Poczekaj jeszcze chwilę i daj mi skończyć.Ale widzę, że twoja szklanka jest pusta.Więc pozwól, że ci trochę doleję.I sobie także.- Ianson odnalazł w sobie siłę woli, aby sięgnąć do kieszeni i wyciągnąć pierwsze wydanie Dzikich psów i wielkich kotów, które położył na stole obok drugiego egzemplarza tej samej książki.Nie było w tym ukrytej groźby, zamiaru zaskoczenia czy przestraszenia tamtego; chciał tylko spytać McGowana o fotografię i nie chciał, żeby mu to wyleciało z głowy, to wszystko.Bo z pewnością ktoś - Greentree? - musiał być w błędzie.W rzeczywistości mnóstwo rzeczy się tu nie zgadzało.Jak we śnie inspektor otworzył tylną część obwoluty ze zdjęciem starego Angusa, które wydawało się unosić w powietrzu.Drżąca dłoń opadła mu na kolana, jakby wyczerpana wysiłkiem, jaki uczynił.Wzrok McGowana wędrował od książki do twarzy Iansona i z powrotem.Wskazał palcem fotografię, jego napięta twarz zadrgała, a cienkie wargi lekko cofnęły się, odsłaniając ostre białe zęby.Inspektor zawsze myślał, że te zęby są sztuczne.Musiały być sztuczne!- Długowieczność! - wykrzyknął McGowan pozornie bez związku.- Jeszcze jedno kluczowe słowo! Widzę, że to cię niepokoi.Ale oczywiście nie miałbyś żadnego powodu, aby sprawdzać tę słodką istotę w winiarni, prawda? Dobrze, w końcu dojdziemy i do tego.Ale teraz.O czym to ja mówiłem? - (Głos McGowana był zachrypły jak zawsze, ale Ianson odniósł wrażenie, że teraz jest także przepełniony gniewem; jego oczy wciąż wędrowały do fotografii w leżącej na stole książce.) - Tak, już pamiętam.- Wziął się w garść [ Pobierz całość w formacie PDF ]