[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.- Obławę zostawił daleko w tyle - dodał drugi.- A przecież tamci polują nawet na dziki.- Uciekł - zapiszczał mój brat.- Uciekł.Minami wyszedł z chaty z kwaśną miną, pocierając pięścią tył spodni.We dwóch pierwsi ruszyliśmy z powrotem do wioski.Gdy schodziliśmy w dół, Minami powiedział, wydymając usta z irytacji:- To obrzydliwe.Ale z niego pokraka.Naprawdę się rozczarowałem.- Niby kadet - powiedziałem - a wygląda mi na tchórza.- No - przytaknął.- Takiego kadeta jeszcze nie widziałem.- Przespałbyś się z nim?- Co ty? Z taką zmokłą kurą?Zmarszczył brwi z obrzydzeniem i pogardą, a potem zaśmiał się zimno.Na mostku zatrzymaliśmy się, by zaczekać na mojego brata i resztę, ale długo nie nadchodzili.- A co tam, wrócę i jeszcze sobie popatrzę - powiedział nagle Minami.- Męczy mnie to.Rozzłościłem się jeszcze bardziej.Patrzyłem, jak biegnie pod górę, a potem wyprostowałem ramiona i poszedłem na plac przed szkołą.Przed magazynem siedziała w kucki dziewczynka.Podszedłem do niej, by złagodzić w sobie uczucie osamotnienia.Spojrzała na mnie w milczeniu mętnymi, podkrążonymi na szarobrązowo oczyma.Oparłem się o ścianę magazynu.Przez chwilę patrzyliśmy na siebie.- Ej - powiedziałem, przełykając ślinę.- To ty nie słyszałaś o dezerterze?Milczała dalej, jakbym w ogóle nic nie powiedział.- No? - pytałem dalej, wzruszając ramionami.- Jesteś głuchoniema czy co?Spuściła wzrok.Gęsty cień, rzucany przez jej rzęsy, jakby się rozpostarł i poniebieściał, podobny cieniom liści i traw.- Chodź, zjedz dziś u nas - powiedziałem.- No, chodź.Uniosła głowę, właściwie nie wiadomo czemu.Pochyliłem się i chwyciłem ją za rękę, chciałem zmusić, by wstała, ale znienacka okropnie mnie podrapała.Zezłościłem się i odszedłem, zostawiając ją samą.Kiedy odwróciłem się na placu przed szkołą, zobaczyłem, że patrzy na mnie i podąża za mną krok w krok jak chytra łasica.Byłem zaskoczony i zdegustowany.Ale dobrze, że idzie za mną.Udałem, że jej nie widzę, poszedłem do spichrza i czekałem, aż przyjdzie.Już prawie znudziło mnie to oczekiwanie, gdy weszła cicho tuż za moim podekscytowanym bratem.Opowiadał z entuzjazmem, że dezerter w końcu wyszedł z chaty i zamienił z nim i z innymi kilka zdawkowych słów.Dziewczynka usiadła ze spuszczoną głową przy ogniu na klepisku i nawet nie próbowała pomóc nam w gotowaniu.Miałem wielką ochotę nawrzeszczeć i na nią, i na brata.Ale gdy zaczęliśmy jeść, było nam dobrze razem we trójkę.Dziewczynka przeżuwała ryż, lekko poruszając czarnym od brudu karkiem.Z ciekawością przypatrywała się mojemu bratu, który karmił psa prosto z ust.- Ej, bracie - powiedział nagle, jakby właśnie wpadł na ten pomysł.- Nazwij mi jakoś tego psa.- To jest Miś - powiedziała dziewczynka.Popatrzyłem na nią, zaskoczony.Chyba się zdenerwowała.Gdy brat zawołał na psa tym imieniem, ten mocno zamachał ogonem.Ja i brat wybuchnęliśmy radosnym śmiechem.Po chwili również dziewczynka zaśmiała się krótko i jakby ze zdziwieniem.- To twój pies? - zapytał z niepokojem mój brat.Dziewczynka pokręciła głową.- Milutki, co? - powiedział z ulgą.Ja też chciałem coś do niej powiedzieć, ale nie miałem pojęcia co.W dodatku drapało mnie w gardle, słowa jakby w nim grzęzły i nie chciały wydobyć się na zewnątrz.Dałem więc sobie spokój i zadowoliłem się dorzucaniem drewna do płonącego przed nią ogniska.Byliśmy syci, rozgrzani ogniem, zaróżowieni na policzkach; i nasza trójka, i pies osiągnęliśmy stan wielkiego zadowolenia.Tyle że mój brat gadał w kółko o dezerterze.Następnego ranka zawołaliśmy ją z magazynu jeszcze przed śniadaniem, a potem poszliśmy razem na plac.Dziewczynka usiadła z boku, w cieniu drzew, ale już nie próbowała wrócić do magazynu.6.Miłość.Po południu wiatr nagle się wzmógł.Niebo było czyste, ale zrobiło się jeszcze zimniej.Pączkujące już krzewy i runo pod bezlistnymi zaroślami na zboczach otaczających kotlinę gór drżały na wietrze i skrzyły się w słońcu.Na placu przed szkołą rozpaliliśmy ognisko i zebraliśmy się wokół niego - jedni siedzieli z założonymi na kolana rękami, inni przechadzali się po placu.Bladoniebieski dym ogniska, szybko rozpraszany przez wiatr, nie wzbijał się w niebo.Tak już napatrzyliśmy się na wioskę, nad którą wznosiła się niewysoka dzwonnica, że widok ten wrył się nam w pamięć i stał się po prostu nudny.Spędzaliśmy więc czas, niczemu się nie przyglądając, albo trwaliśmy w bezruchu, albo chodziliśmy tam i z powrotem.Nagle zrozumieliśmy, że mamy już dość tego zamknięcia w odciętej od świata wiosce.Nastrój, który nas ogarniał, wyrażał znużenie i obojętność.Ale chłopcom poprawił się humor, gdy tylko na placu pojawili się żołnierz i Li.Żołnierz zresztą wyglądał lepiej niż wczoraj, gdy przyglądaliśmy się mu w mrocznej chacie.Ale gdy opadł na ziemię przy ognisku, jego zmęczone, czerwone jak u królika oczy omiotły szybko nasze pytające twarze.- Poszliśmy popatrzeć na szyny - wyjaśnił Li.- Teraz nikt z zewnątrz się tu nie dostanie, bo go złapiemy.Musieliśmy się upewnić.Uświadomiliśmy sobie, że żołnierz skorzystał na tym, że wioska została odcięta od świata.Spuścił oczy pod naszym natarczywym wzrokiem.- Jeżeli cię złapią.- nieśmiało odezwał się do niego mój brat, ale on milczał.- To postawią cię przed sądem - wtrącił się Li.- To cię zastrzelą - powiedział zjadliwie Minami.- Od razu cię zastrzelą.Żołnierz patrzył na niego w napięciu.Minami naprawdę się rozzłościł.Już myślałem, że żołnierz podniesie się i powali go na ziemię jednym ciosem, ale on tylko patrzył na Minamiego jak zdziwione dziecko.- No - Minami wyprostował ramiona.- Ale on dobrze ucieka.Nigdy go nie złapią - powiedział Li.- Nie złapią - powtórzył mój brat.- Prawda, że cię nie złapią?Żołnierz popatrzył na niego.Czułem, że to go pocieszyło, ale widok pocieszanych w ten sposób dorosłych zawsze przyprawiał mnie o mdłości, więc stanąłem po stronie Minamiego.- Zabiłeś kogoś, jak uciekałeś? - zapytał ktoś inny.- Nikogo nie zabił i do nikogo nie strzelał - odpowiedział za żołnierza Li.- Prawda?- Prawda - powiedział żołnierz; odezwał się po raz pierwszy.- Po prostu poszedł sobie i nie wrócił - ciągnął Li.- Nie chciałeś wracać, prawda? - zapytał jeden z naszych, czerwieniąc się, że zadaje takie głupie pytanie.Żołnierz milczał.- A ja chciałem zostać kadetem - powiedział ten sam chłopiec.Przez chwilę nikt nic nie mówił.Zamyśliliśmy się, bo każdy z nas zawsze marzył o mundurze kadeta.- Nie chciałem iść na wojnę - powiedział nagle żołnierz i zamyślił się.- Nie chciałem zabijać ludzi.Tym razem milczenie trwało jeszcze dłużej, bo to, co powiedział, zabrzmiało jak trudny do zniesienia, nieprzyjemny zgrzyt.Musieliśmy siłą powstrzymywać napływający do gardła chichot, który już nami wstrząsał.- Ja tam chcę iść na wojnę i zabijać ludzi - oznajmił Minami.- W twoim wieku się tego nie rozumie - odparł żołnierz - ale potem nagle się wie.Zamilkliśmy, nie bardzo mu wierząc.W ogóle nie był to ciekawy temat.Pies, leżący dotąd między nogami mojego brata, wstał nagle i podszedł obwąchać chude łydki żołnierza; ten z roztargnieniem pogładził łeb psa.- Prawda, że milutki? - zapytał uszczęśliwiony brat.- Wabi się Miś.- Lepiej Leo - stwierdził żołnierz.- Leo - powtórzył brat po chwili namysłu.Unikał naszego pełnego wyrzutu wzroku [ Pobierz całość w formacie PDF ]