[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Przez wiele tygodni trwała ta nauka, barwna i bogata.Kapitan jednak nie był zadowolony.– Słowo jest mizerne – mówił.– Cóż dopiero moje niedołężne słowo!.Nauczę cię wiedzy o morzu, co każdy potrafi, ale nie nauczę cię – samego morza.Pamiętasz, jak się naigrawałem z twojej książki o morzu?– Pamiętam.– Wiesz, dlaczego? Powiem ci.Ludzie napisali o nim wspaniałe książki, często prześliczne książki, lecz słowo ludzkie, najgroźniejsze nawet i najwspanialsze, jest zaledwie cichutkim kwileniem wobec głosów morza.Straszliwość żywiołu jest tak niezmierna, że dusza wzdryga się na jego widok, a głos więźnie w ludzkiej krtani.Piękno jego jest tak niewysłowione, że słowo ludzkiej mowy czołga się przed nim w niemej pokorze.Trzeba żywioł ujrzeć i trzeba go usłyszeć.Książka o morzu, jedna na tysiące, ukaże zaledwie jego widmo i nawet wtedy oczy człowieka pełne są zachwycenia, tak wielką i czarodziejską jest potęga sztuki.Starą moją duszę raduje to, że najpiękniejsze księgi o morzu napisał Polak: Conrad – Korzeniowski! Może być, że tęsknota całego narodu za morzem zebrała się w tym Polaku, co miał zaszczyt i szczęście widzieć duszę morza.Może on sam, po angielsku piszący, nie wiedział o tym, że to polskie morze, upragnione, nalane tęsknotami i oczekiwane, już jest w jego książkach.Zdawało się, że to niemożliwe: Polak rozkochany w morzu! A ten wielki pisarz światu całemu objawił, że polska dusza zawsze gorzała tą miłością.Teraz dopiero świat ujrzał, że to prawda, a ja ci mówię, że świat niejednym jeszcze się zdumieje.Dlatego kłaniam się temu Conradowi, nisko się kłaniam! Anglicy żyją w morzu jak ryby, a nagle zjawił się wśród nich pan Korzeniowski i takie im na nim pokazał cuda, że się zdumieli.Ha, ha! Sam lord admiralicji musiał się zdumieć.– Są przecie takie śliczne książki.– Dla ciebie, dla ciebie, lądowa kozo, ale nie dla mnie.Ja widziałem nie tylko morze, bo każdy może je zobaczyć, ale ja je widziałem w całej straszliwości i w całej pysze.Ja znam jego przeraźliwe tajemnice.Wtedy mi się zdawało, że jestem proch! Męczyło mnie i biło we mnie trwogą przez trzydzieści kilka lat.Dlatego książki o morzu są dla mnie mizernymi opowiastkami.Przeczytałeś je? Bardzo dobrze! Ujrzałeś przez okno mały skrawek wody, tyle, ile byś jej zaczerpnął rękami.Teraz jednak musisz wyjść na te straszliwe morskie pustynie.Daleko, daleko! Kochaj swoje morze całą duszą, kochaj je do szaleństwa, ale o tym zawsze pamiętaj, że jest to brama na cały świat.Starzy, tacy jak ja, wracają przez nią na brzeg, na którym można wykopać grób, ale tacy młodzi jak ty dostali ją w tym celu, aby przez nią wyszli tam, gdzie rośnie wielka, bogata puszcza ziemi.Ta brama jest dlatego bezcennym skarbem, że jest tylko bramą.Rozumiesz?– Tak jest, rozumiem, panie – szepnął Piotr.– Dlatego musisz wyjść na morze i odczytać tę książkę, co, napisana przy stworzeniu świata, każdego dnia jest inna.Fala jest kartą, na której wicher pisze ostrym rylcem, a głęboka tajemnicza treść leży w otchłani.Skoro kochasz morze, szybko nauczysz się czytać, a jeśli będziesz miał odwagę, przeczytasz takie opowieści, o jakich nigdy nie słyszał człowiek mieszkający na niskiej płaszczyźnie ziemi.Wypłyniesz na morze.Piotrze! Będziesz jednym z tych, których Polska wysyła na szeroki świat jak nieustraszonych rycerzy, aby rozszerzyli ojczyznę i zanieśli głośną wieść o niej na najdalsze krańce świata.Trzeba być wszędzie, trzeba wszędzie pokazać swój sztandar, aby przekonać cały świat, że ta Polska, o której może słyszeli zaledwie, jest kimś potężnym, napęczniałym wolą i mocą; nie jakimś cichym ubogim krewnym świata, lecz jednym z jego gospodarzy, zapobiegliwym i bogatym, czujnym i przedsiębiorczym.Polska musi być wciąż na morzu obecna, na nim bowiem rośnie potęga.Okręt jest okruchem ziemi tej, która go wysłała na wody.Im dalej zapłynie, tym więcej tę ziemię rozszerzy.Chłopcze! Naród, który nie zdobywa morza, jest ślimakiem, co się ukrył w wygodnej ciasnej skorupie i wiedzie żywot nikczemny, bo bez trudu i walki, a sprawa z morzem jest nieustanną walką, najcięższą i najszlachetniejszą.Ludzie morza wspaniałymi są ludźmi, bo mają nieustraszone serca, jasny wzrok, mocne ręce i hardą, nieustępliwą, bohaterską duszę.Ja bym wszystkich młodych Polaków gnał na morze.Jest to, oczywiście, marzeniem starego dziwaka, co całą ziemię chciałby zalać morzem.Niech jednak wyjdą na morze ci najdzielniejsi, ci najbardziej płomienni, a gdyńska, ciasna brama będzie niedługo łukiem triumfalnym zwycięskiej potęgi.Ty pójdziesz z pewnością! Ty pójdziesz na morze z całą pewnością.– Niczego więcej nie pragnę! – szepnął Piotr gorąco.– Dobrze! Dlatego cię uczę.Inni dopełnią tego, co ja zacząłem, a ty sam masz uczynić najwięcej.Umiesz już tyle, że mógłbyś już przydać się na okręcie.Co mówisz, chłopcze?– Ja nie mówiłem – odparł Piotr, zdziwiony.– Nie mówiłeś? Zdawało mi się.Cicho!Obaj z nagła umilkli.Nocna cisza rozlała się szybko i bezszelestnie jak czarna woda.Kapitan położył palec na ustach, potem podszedł na palcach do stołu i zdmuchnął świecę.W nagłej głębokiej ciemności nie widzieli się nawzajem; powoli zaczęło się w niej zarysowywać niepewnym kształtem okrągłe, wysoko umieszczone okienko, noc bowiem była jasna.– Słyszysz? – najcichszym szeptem zapytał kapitan.– Ktoś jest u drzwi – szepnął Piotr.– Ktoś dotyka zamku.– Złodzieje?– Nie.Gorzej.Ktoś, kto dybie na mnie.– O, Boże!– Cicho!.To stare porachunki.– Chce pana zabić? – zapytał Piotr tak cicho, że szept zaledwie drżał.– Przy sposobności.Na Boga, co robisz?Piotr jednym skokiem był przy drzwiach, a w ciemności wywrócił krzesło, które upadło z hałasem.Hałas ten wyolbrzymiał wśród zamarłej ciszy nocy i tamten, za drzwiami, musiał go usłyszeć.Zadudniły jakieś kroki, gdy Piotr jednym szarpnięciem otworzył drzwi.Usłyszał jakby z oddali krzyk kapitana, ale go nie rozumiał.Rozumiał to jedno, że ktoś chce uczynić śmiertelną krzywdę najlepszemu człowiekowi.Ogarnął go płomień gniewu i dlatego uczynił to, co uczynił.Trzeba schwytać złoczyńcę.Z zaciśniętymi pięściami stanął w otwartych drzwiach, oszołomiony.Zdołał ujrzeć bystrym spojrzeniem, szybko rozgarniającym blady, rzadko tkany mrok nocy, jak jakiś ogromny ludzki kształt wypełniony czarnością zapada właśnie w ciemną plątaninę zarośli.Niczego więcej dostrzec nie mógł, usłyszał za to ostry świst i uderzenie tuż obok siebie.– Ukryj się! – krzyknął kapitan.Wtedy Piotr dojrzał w lewym obramieniu drzwi, w niewielkim od siebie oddaleniu, drgający przedmiot.Chwycił go ręką, wydarł z drewnianej ramy, cofnął się szybko i zatrzasnął drzwi.– Już go nie ma – rzekł gorączkowo.Kapitan zapalił szybko świecę i spojrzał na Piotra [ Pobierz całość w formacie PDF ]